Następny samolot mieliśmy o szóstej rano. Spędziliśmy, więc tę noc bezpośrednio na lotnisku. Jest ono położone godzinę jazdy pociągiem od centrum miasta, więc nie było sensu się tłuc pociągiem żeby wkrótce wracać. Byliśmy, więc jak dwoje przysłowiowych kloszardów. Przyznam, że było to nawet dosyć ciekawe doświadczenie. Przysypialiśmy trochę na walizkach i swetrach ułożonych bezpośrednio na podłodze. Po jakimś czasie przemarzliśmy od tego leżenia i zaczęliśmy polowanie na jakąś wolną ławkę. Nie byliśmy jedynymi osobami, które tam tak czekały na jakieś połączenia i w związku z tym znalezienie wolnej ławki graniczyło z cudem. Dreptaliśmy w celu rozgrzania się czujnie przyglądając się ławkom. Wszystkie wyglądały tak kusząco i nęcąco ale niestety były już pozajmowane. W końcu udało nam się jakąś dopaść. Nawet mnie zastanawiało, co z nią jest nie tak skoro taka samotna i wolna stoi sobie w kąciku. Uszczęśliwieni rozłożyliśmy się na niej. Wkrótce też się wyjaśniło, co z ławką było nie tak. Stała w masakrycznym przeciągu. Zaraz za nią były duże rozsuwane drzwi, z których co chwila ktoś wychodził. Przed nią natomiast znajdowały się drzwi wejściowe, przez które nieustannie wchodzili i wychodzili ludzie, dobrze, chociaż, że nie jakieś zwierzęta: -)
Spaliśmy na zmiany – ktoś musiał czuwać przy bagażach. Przetrwaliśmy tą noc. W sumie wspominam ją nawet z dużym sentymentem. Nastał ranek i wpakowaliśmy się do kolejnego podniebnego autobusu. Jak się okazało ten lot przez Norwegów traktowany jest jak zwykły prawie autobus, którym dolatują do pracy. Panowie w garniturkach i Panie w kostiumikach lecą do pracy w Stavanger. Wyczuwało się odmienny klimat. Jeżeli robią to codziennie to się specjalnie nie gorączkują lotem jak Ci, którzy podróżują w ten sposób jedynie od czasu do czasu.
Z lotniska odebrał nas kolega. Mieliśmy się u nich zamelinować na te kilka dni pobytu. Wraz z kolegą powitała nas piękna zieleń, przestrzeń, porządek i jakiś taki mega spokój. Zero nerwówki. Nawet odbieranie bagaży odbywało się bez jakiejś niezdrowej atmosfery nagonki i zabiegania. Kolejną część dnia poświęciliśmy na odsypianie nocy spędzonej na lotnisku. Jak miło było położyć się w normalnym łóżku.
Jak już się pozbieraliśmy w jedną całość to po południu pojechaliśmy na pobliską plażę. Oczywiście jak widzę dużą wodę to mi się robi genialnie i już właściwie nic więcej mi do szczęścia nie potrzeba. Zachwycona z szerokim uśmiechem na twarzy stałam tam wpatrzona w wielki błękit, który metalicznie połyskiwał przede mną.
Nasi przemili gospodarze opowiedzieli nam o ciekawych miejscach, które możemy zobaczyć i zachęcili do zdobywania nowych doświadczeń turystycznych i poszli sobie zajmować się swoimi sprawami. Mając takie nieprzebrane perspektywy kolejnego dnia powędrowaliśmy, więc nad jezioro Mosvatnet. Jezioro, które zawsze już będzie miało dla nas specjalne znaczenie ale o tym tutaj nie opowiem…
Obeszliśmy je dookoła odkrywając, co ciekawego rośnie w tamtych okolicach. Natknęliśmy się też na bardzo efektowne miejsce czyli szlak turystyczny w niedostępnych kniejach. Na tablicach opisywano, jakie roślinki widzimy przed sobą i jakie zwierzątka jak będą miały ochotę to się nam mogą objawić. Rośliny się pokazywały w całej okazałości, zwierzątka się nie objawiły. Może poza jednym koniem, który patrzył jakoś dziwnie jednym okiem. Ściśle rzecz ujmując miał całą parę ale spoglądał na nas złowieszczo tylko tym jednym. Trudno powiedzieć czy chciał się zaprzyjaźnić czy też stratować. Nie sprawdzaliśmy, oddaliliśmy się. Kawałek tego szlaku musieliśmy pokonywać prawie na kolanach, ponieważ była to dosyć trudna ścieżka, ale niezwykle przez to intrygująca . Jak widać uwielbiamy dzikie ostępy. Musieliśmy też przedzierać się przez siatkę korzystając z drabinek. Siatkę, która chroniła nie wiem, co i nie wiem, przed czym. Zdaje się, że była nawet pod prąd podłączona, co sugeruje, że chronić mogła jedne zwierzątka przed spotkaniem z drugimi zwierzątkami. Wyprawa, więc nad jezioro bardzo nam się udała i zmęczeni wróciliśmy do domu.
Kolejny dzień poświęciliśmy na zwiedzanie miasta. Poszliśmy sobie do starej części miasta gdzie są śliczne białe domki i wąskie uliczki. Na oknach stoją kwiaty, – co samo w sobie nie jest niczym dziwnym zapewnie, ale te wszystkie schludne okienka i kolory robią wrażenie. Takie przytulne miejsce. Chciałoby się usiąść i tak pozostać w ciszy i spokoju tych wąziutkich brukowanych ulic. Odkryliśmy muzeum drukarstwa. Prowadzone jest przez prawdziwych pasjonatów. Byliśmy tam tuż przed zamknięciem, ale Pan był tak szczęśliwy, że się pojawiliśmy i że mógł nas oprowadzić, że przedłużył czas urzędowania. To było bardzo szczególne doświadczenie z dwóch powodów – po pierwsze ogromne wrażenie robią te wszystkie stare, ale sprawne maszyny drukarskie, efekty ich pracy, czyli wydrukowane foldery, fragmenty tekstu, oprawione książki. Po prostu przysmak dla bibliofilii. Drugi powód jest taki, że rzadko spotyka się osoby, które z takim zaangażowaniem potrafią oprowadzać po muzeum. Muzeum kojarzy się z marazmem, papuciami, zatęchłym powietrzem ( no tak, dokładnie), kanapkami w papierze spożywanymi przez kustosza gdzieś ukradkiem za zasłonką – mogłabym tak jeszcze długo… W każdym razie to muzeum łamało wszelkie stereotypy. Pan opowiadał z wielką pasją o każdej maszynie, która znajdowała się na ekspozycji. Każdy folder, druk, książka miała swoją historię, którą On opowiadał nam tak, że prawie widziało się to własnymi oczami. To prawdziwa sztuka nie zanudzić zwiedzającego i sprawić, żeby dane miejsce i eksponaty naprawdę zapamiętał. Dla mnie to było naprawdę ciekawe i interesujące wydarzenie. Mile zaskoczeni i zaintrygowani udaliśmy się na dalsze zwiedzanie.
Podreptaliśmy po nabrzeżu i trafiliśmy do Muzeum Ropy. Tutaj czekała nas kolejna duża niespodzianka. Muzeum… całkowicie interaktywne miejsce, gdzie każdy może spróbować poznać to, o czym mowa nie za szklanej szybki, ale w bezpośrednim kontakcie. Można, więc spróbować zrobić prąd a potem sprawdzić ile się go wykorzystuje po włączeniu poszczególnych urządzeń elektrycznych. W bardzo obrazowy sposób dowiadujemy się, że każda żarówka żre nam ten pracowicie zrobiony prąd a w połączeniu z pralką i lodówką spożywają go w ilościach nieprzebranych. Bardzo się trzeba, więc natrudzić, żeby miały, co „jeść” gdy mają cały czas funkcjonować bez zarzutu.
Można od początku do końca obejrzeć, sprawdzić jak powstaje ropa, jak jest wykorzystywana, dowiedzieć się też o sposobach dbania o środowisko. Wszystko to w sposób interaktywny i niebanalny. Chociażby to, że samo muzeum jest umieszczone na starej platformie wiertniczej już o czymś świadczy. Udało mi się też wcielić w rolę operatora wyciągarki czy co tam to było. Takie duże i metalowe, – co prawda nic nie wyciągnęłam z otchłani, ale zabawa była niezła. Wędrowiec Wyższy natomiast zafundował sobie wizytę w Panic Room. Zdobył mistrzostwo, z czego byłam bardzo dumna. Słysząc jednak odgłosy, jakie dochodziły z tego pomieszczenia to miałam poważne obawy, czy aby na pewno to, co robi jest bezpieczne. Weszła sobie gromadka ludzi do ciemnego pomieszczenia i zaraz potem rozlegały się wrzaski pełne przerażenia. Nie byłam w środku, więc nie opiszę tego dokładnie. Opierając się na relacji Wędrowca Wyższego miało się do czynienia z całkowicie zaciemnionym labiryntem, w którym należało rękoma i innymi dostępnymi kończynami szukać wyjścia. Dochodziły też jakieś straszące efekty dźwiękowe, nadmuchy i inne utrudnienia. Wyglądało zabawnie, ale podobno tam w środku można było się naprawdę przestraszyć. Ja nie skorzystałam, ale Wędrowiec Wyższy był zachwycony tym doświadczeniem.
W mieście jest też Muzeum Sardynek, ale nie udało nam się już tam dotrzeć. Zabrakło czasu. Z relacji wiem natomiast, że naprawdę warto to zobaczyć. Jedyną wadą jest … zapach. Jak ktoś nie przepada za uroczym, charakterystycznym zapachem rybek to lepiej niech ominie to miejsce jakimś względnie dużym łukiem.
W dalszej części naszej wyprawy udaliśmy się w rejs statkiem. Celem były fiordy. Genialne, niezapomniane, niezwykłe, zapierające dech w piersiach widoki. Stało się na pokładzie tego statku z szeroko otwartą paszczą i chłonęło to piękno. Nie jestem w stanie nawet opisać tego wrażenia. Atrakcją było karmienie dzikich kóz żyjących gdzieś tam sobie na jednym z fiordów. Stateczek podpływał – kozy ustawiały się do karmienia a potem rzucały się jak wcale nie dzikie na podarowany im chleb. Nieźle się ustawiły. Karmienie kilka razy dziennie. Błysk fleszy i zachwyty na twarzach turystów i głaskanie. Gwiazdy…
Bezwzględnie imponujący widok to oczywiście Pulpit Rock lub Prekestolen po norwesku. Kawał wielkiej, mięsistej skały, która wygląda tak jakby miała prosto na Ciebie spaść. Ludziki, które po niej chodziły prezentowały sobą wielkość ni mniej ni więcej małej mróweczki. Słowem fenomenalne widoki.
Co mnie najbardziej poruszyło podczas tej wyprawy. Norwegowie są przesympatyczni. Mili, kontaktowi, bez przesady w zakresie okazywania emocji ale bezwzględnie bardzo życzliwi i pomocni. Duże wrażenie zrobił na mnie Pan sprzedający bilety na pociąg. Miałam porównanie z naszymi rodzimymi Paniami i szczerze mówiąc prawdziwie mnie to zdarzenie zdziwiło. Dlaczego? Przy lotnisku jest stacja kolei. Postanowiliśmy pojechać do Oslo ostatniego dnia tuż przed wylotem. Pan, który sprzedał nam bilety poinformował nas dokładnie do jakiego pociągu mamy wsiąść. Opisał jak będzie oznakowany szczegółowo. Wręczył nam też specjalny rozkład tak abyśmy bez problemu mogli się zorientować na jakiej stacji mamy wysiąść. Dopasował nam też trasę powrotną tak abyśmy bez problemu mogli wrócić przed odlotem samolotu. Robił to wszystko z ciepłym, szerokim uśmiechem. Na koniec życzył nam też udanego zwiedzania. Zaskoczenie…
Oslo widzieliśmy tylko w niewielkim kawałku. Pamiętam wielkiego lwa, który stał przed wyjściem z dworca. Krążąc po ulicach natrafiliśmy też na plac, na którym ustawiony był wielki betonowy labirynt. Niezła zabawa w środku miasta. Oczywiście nie dało się w nim zgubić ale ciekawie było po nim pochodzić. Karmiliśmy kaczki w parku i wróciliśmy na lotnisko, żeby potem z prawdziwym żalem wrócić do kraju.
0 komentarze:
Prześlij komentarz