poniedziałek, 4 czerwca 2007

Polska - Hel

Fortyfikacje, Wizyta Bush` genialna pogoda



To była pod wieloma względami naprawdę niezwykła wyprawa. Droga z miejsca naszego zamieszkania trochę nam zajęła, ale nie miało to najmniejszego znaczenia, ponieważ to, co zobaczyliśmy w tej okolicy zrekompensowało wszystkie trudy podróży. Nie oczekiwaliśmy jakiejś rewelacyjnej pogody, w końcu to początek czerwca. Z tym, że w Polsce jak się okazało początek czerwca oznacza ni mniej ni więcej pełne lato. To właśnie nas w pierwszej kolejności zachwyciło. Pogoda jak drut przez całe dwa tygodnie pobytu. Codziennie powyżej dwudziestu stopni, możliwe kąpiele w morzu, smażenie się w pełnym słońcu. Opaliliśmy się niczym dwie skwarki. Nie wierzyłam własnym oczom codziennie rano, gdy wyglądałam przez okno. Nie wierzyłam, ponieważ nieodmiennie moim oczom ukazywało się bezchmurne niebo i słońce w pełni.

Wynajęliśmy sobie pokój w bardzo pięknym domu. Gustownie urządzony, każdy pokój wyposażony w meble własnego wykonania, co dodawało temu miejscu dodatkowego uroku i smaku. Aby dostać się nad brzeg morza musieliśmy pokonać odległość nie większą niż pięćset metrów. Wystarczyło kilkadziesiąt kroków i witało nas swoim szumem moje ukochane morze. Szło się przez sosnowy las, który pełnił również rolę pasa ochronnego. Plaże polecam w każdym calu i myślę, że każdy powinien zobaczyć ten zakątek. Ponieważ znajdowaliśmy się na półwyspie to plaża była z trzech stron świata. Można nią było sobie iść z jednego końca półwyspu do drugiego i myślę, że swobodnie każdy znajdował tam dla siebie jakiś swój ulubiony fragment. Dla tych, co uwielbiają towarzystwo mogli rozlokować się w bardziej zatłoczonej części czyli w pobliżu wejść. Ci, którzy uwielbiają kontemplować widok morza w ciszy i spokoju mogli z powodzeniem znaleźć swoje miejsce po odejściu kilkuset metrów w którąkolwiek ze stron. Idąc plażą w jedną stronę dochodziło się do Centrum miasta i portu. Idąc plażą w drugą stronę dochodziło się również do centrum miasta, ale nie od strony portu. Cudowne wrażenie. Słowem kolejna ważna cecha tej miejscowości – nie ma możliwości, żeby się zgubić, nie ma możliwości żeby zabłądzić. Już po kilku dniach wiadomo gdzie, co jest i my czuliśmy się jak w drugim domu. Nie wiem czy powinnam to pisać, ponieważ w pewnym sensie stracimy naprawdę rewelacyjną miejscówkę natomiast moim zdaniem przełom maja i czerwca to jest najlepszy czas, żeby się do tego miasta wybrać. O ile nie przepada się za zgiełkiem, hałasem, dzikimi tłumami a chce się podziwiać przyrodę i naprawdę odpocząć w malutkiej, spokojnej nadmorskiej miejscowości z magicznym klimatem. Podzieliłam się opinią na temat tego miejsca z moim bratem. Udzielił mu się mój zachwyt, więc zapakował całą rodzinę i wybrali się tam w sierpniu. Jedyna droga dojazdowa na Hel przywitała ich mega korkiem. Stali w nim kilka godzin a samochody się grzały i co drugie auto wymagało natychmiastowej reanimacji blokując przejazd. To ciche, urocze miasteczko zamieniło się w centrum rozrywki. Tłumy dzikie przetaczały się w każdą z możliwych stron. Nie napiszę jak wyraził wdzięczność za polecenie tej miejscowości mój rodzony braciszek, nie nadaje się to do rozpowszechniania. Oni tak jak my, chcieli ciszy i spokoju…

Tak, więc miasto o wielu twarzach. Może i nawet lepiej. Jeżeli chcesz ciszy i spokoju jedź tam poza sezonem, jeżeli uwielbiasz głośne imprezy na plaży i kolejki po Twoją ulubioną rybę to jedź tam w czasie sezonu letniego. Uprzedziłam…

Spędzaliśmy czas dokładnie tak jak to sobie wymarzyliśmy. Codziennie po śniadaniu wyprawa na plażę. Smażenie się w słońcu do południa. Potem zbieranie zabawek z piasku, kąpiel i doprowadzenie się do używalności w postaci usunięcia z siebie kilogramów piasku. Kolejno wybieraliśmy się do naszej ulubionej restauracji na rybę z frytkami, piwo i inne przysmaki. Obiady niezmiennie pyszne. Pod koniec pobytu Pani już nawet nie pytała, co tym razem chcemy. Ustalała tylko, czy na pewno to, co zawsze. Najedzeni i z zadowolonymi minami wybieraliśmy się na spacer po głównej ulicy Helu. To na tej ulicy usytuowane są wszystkie knajpki, restauracje, bary, smażalnie ryb. Trochę tego jest i właściwie codziennie można było jeść w innym miejscu i smakować różnych kuchni. Lody, ciastka i inne smakowitości, słowem, co tylko da się zjeść tam to się na pewno znajdowało. Te spacery ustalaliśmy w sposób leniwy i bez specjalnego odgórnego planu. Po prostu szliśmy przed siebie podziwiając miasto, chłonąc jego klimat, przyglądając się jak tętni życiem pomimo faktu, że nie był to wcale pełen sezon. Oddychało jeszcze spokojnie swoim własnym rytmem, nie mąciły jego życia tłumy obcych. Leniwie toczyły się dni. Lubię takie obserwacje. Po spacerze obowiązkowo szliśmy znowu na plażę, żeby pooglądać zachód słońca. O wieczorach nie będę pisać. Pozostawiam je owiane mgiełką tajemnicy.

Co jeszcze można robić w tym miejscu? Co ciekawego można tam zobaczyć? Jest kilka naprawdę interesujących obiektów. W samym mieście wart obejrzenia jest Kościół poewangelicki pod wezwaniem świętych Piotra i Pawła. Jest to najstarszy budynek w Helu ( XV w.) Po zakończeniu działań wojennych, kiedy Helu opuścili ewangelicy budynek był wykorzystywany, jako magazyn przedsiębiorstwa połowowego „Arka”. W latach pięćdziesiątych minionego stulecia obiekt przeznaczono do rozbiórki, na szczęście Konserwator Zabytków Gdańska zadecydował o zaadaptowaniu świątyni na Muzeum. Mieści się tam do dziś Muzeum Rybołówstwa. Ekspozycja składa się między innymi z następujących działów: „Dzieje rybołówstwa morskiego w Polsce” czy „Warsztat szkutniczy”. Myślę, że warto tam zajrzeć chociażby, dlatego, że już niedługo sam sposób ekspozycji i przedstawienia eksponatów przejdzie do historii. Kartonowe, malowane na kolanie przez domorosłego artystę obrazki, ryby przyklejone do wielkiej niebieskiej płachty. Ma się wrażenie, że czas się w tym miejscu zatrzymał jakieś czterdzieści lat temu, ale nie z powodu eksponatów starych łodzi a z powodu tego, w jaki sposób są prezentowane. Niemniej jednak wycieczka po tym Muzeum może być naprawdę ciekawym doświadczeniem. Można też zobaczyć z czym Pani Hania ma dziś kanapkę i jaką herbatę lubi Pani Krysia – jak się ma szczęście i trafi się akurat na porę karmienia czyli śniadanie kustoszy.

Ważnym obiektem jest też Helska Latarnia. Latarnie same w sobie są magiczne i jeżeli jest się w pobliżu jakiejkolwiek z nich to obowiązkowo trzeba się na nią wspiąć. Stojąc tam na samej górze po pokonaniu kilkuset stopni należy zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że jest się właśnie operatorem światła i pomaga się marynarzom wracać do stęsknionych żon albo kochanek.

Miejscem zasługującym na szczególną uwagę są fortyfikacje, schrony, stanowiska ogniowe. Wszystko to poukrywane wzdłuż półwyspu można obserwować i podziwiać. Niecodzienne wrażenie sprawia fakt, że ludzie tam pracujący bez żadnego proszenia dzielą się swoją wiedzą, przybliżają historię każdego eksponatu. Z dużym zaangażowaniem opowiadają odwiedzającym historię tego miejsca. Historię walk o naszą wolność. To bardzo uwrażliwia i sprawia, że nie patrzy się na te zabudowania, stanowiska ogniowe jedynie jak na kawałki eksponatów – patrzy się na to jak na coś, co naprawdę odegrało ważną rolę nie tylko w życiu tamtych ludzi, ale i naszym. Nie odważę się opisywać tych miejsc szczegółowo pod względem historycznym. Nie jest to zresztą tutaj moim celem. Każdy, kto chce pogłębić swoją wiedzę w tym zakresie powinien tam pojechać i zobaczyć to wszystko własnymi oczami. Zobaczyć, przeżyć, poczuć chłód – nie da się tego tak po prostu kilkoma słowami zobrazować.

Podczas naszego pobytu na Helu wpadł też Georg W. Bush Pomachał nam ręką ze swojego opancerzonego samochodu przez zaciemnione szyby i pojechał na obiad do Lecha. Z tym machaniem to oczywiście żartuje. Całe miasto zamieniło się w tym czasie w zasieki. Główna droga dojazdowa została zablokowana i obstawiona wojskiem i policją. Żuczki takie jak my stały wzdłuż chcąc zobaczyć, chociaż samochód, którym gość będzie jechał. Przejechali nam przed nosem w wielkiej buczącej eskorcie. Otwarte samochody a w nich groźni Panowie trzymający broń skierowaną prosto w szpaler żuczków. Gdyby tak komuś coś głupiego przyszło do głowy to by nas tam wszystkich za pomocą jednej serii zapewne zdołali uspokoić. Wydarzyło się podczas przejazdu kawalkady coś nieoczekiwanego. Myślę, że nawet Panowie z bronią się tego nie spodziewali. W pewnym momencie na drogę wybiegł Azorek łaciaty z rasy niskoskopiennej. Takie krótkie łapki, długie ciałko. Jedno uszko oklapnięte, drugie stojące. Pocieszne stworzonko postanowiło przejść przez ulicę. W tym samym momencie pojawiła się kawalkada samochodów i wyglądało na to, że Azorek nie zobaczy jednak drugiej strony ulicy. Tłum ciężko zamruczał. Kierowca pierwszego samochodu zaskoczony widokiem stworzonka lekko zwolnił, co dało psu sekundy na zabranie swojego tułowia ze środka. Jak tylko popatrzył na nas z drugiej strony cały i zdrowy rozległy się oklaski. Nie były to oklaski dla Pana Panie Bush. Adresatem oklasków był nasz rodzimy niskopienny Azorek, który postanowił zostać konkurencją dla głowy Państwa odwiedzającej inną głowę Państwa. Nie można nikogo winić za jego ambicję.

Na koniec dodam jeszcze, że zanim stamtąd wyjechaliśmy dwukrotnie przedłużaliśmy nasz urlop. Każdy dzień był na wagę złota i bawiliśmy się świetnie. Mam nadzieję, że niedługo wrócę tam – i zdołam uściskać morze i będę się znowu wygrzewać leżąc na jasnym, ciepłym piasku.

0 komentarze: