niedziela, 5 sierpnia 2007

Polska - Likusy

Zaciszne miejsce ukrycia weekendowego.

Polecam to miejsce szczególnie tym, którzy umęczeni wielkomiejskim huczeniem i buczeniem chcieliby się gdzieś zaszyć. I nie mówię tu o takim środku, który umożliwia odstawienie pewnego rodzaju substancji.
Wyjechaliśmy jak zwykle w piątek po pracy. Warunki pogodowe pomimo pory roku nie były wcale sprzyjające. Po drodze złapała nas groźnie wyglądająca burza. Wycieraczki nie dawały rady, a my czuliśmy się tak jakby ktoś nad nami stał i polewał samochód wiadrami wody. Tym samym przeoczyliśmy odpowiedni zakręt. W końcu jakoś dotarliśmy do samej Nidzicy. Był jeszcze jeden kłopot. Byłam przekonana, że trafienie na miejsce nie będzie żadnym problemem, więc podczas rezerwacji pokoju nie dopytałam dokładnie jak mamy dojechać. Trochę się zmartwiliśmy gdy się okazało, że nawet mapa internetowa nie pokazuje żadnych dróg w okolicy tej miejscowości, w której mieliśmy się zatrzymać. Nie takie rzeczy jednak widzieliśmy, więc ustaliliśmy, że jak będziemy w samej Nidzicy to zadzwonimy do gospodarzy i poprosimy o dokładne wytłumaczenie dalszej trasy. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę ulewnego deszczu oraz nieprzeniknionych ciemności.
Zadzwoniłam do naszych gospodarzy. Odebrała przesympatyczna Pani, z którą wcześniej rozmawiałam o rezerwacji. Ona mi tłumaczyła, ja nic nie rozumiałam. Ona spokojnie tłumaczyła, ja nadal nie rozumiałam. W końcu Wędrowiec Większy się zirytował i zażądał przekazania słuchawki. Pani też się poddała i przekazała słuchawkę swojemu mężowi. Panowie ustalili szczegóły i ruszyliśmy dalej w trasę. Jak się potem okazało dotarcie na miejsce wymagało od nas jeszcze kilku telefonów. Wkrótce znaleźliśmy się w wysokim, bardzo ciemnym lesie. Droga przypominała szwajcarski ser w promieniu kilkunastu kilometrów nie widać było ani jednego światełka. Nie widzieliśmy też żadnych samochodów. Trochę to było mroczne przeżycie. Jechaliśmy też w końcowym odcinku całkowicie leśną drogą. Ciemno jak w grobie, szumiał las, deszcz nie przestawał padać. W końcu dojechaliśmy do wsi, w której mieliśmy się nocleg. Punktem docelowym miała być biała brama. Problem polegał na tym, że w całej wsi świeciła tylko jedna lampa i bynajmniej nie oświetlała żadnej białej bramy. Oczywiście kolejny raz zadzwoniłam do naszych przemiłych gospodarzy. Podczas kiedy ja tłumaczyłam Pani gdzie jesteśmy a Ona próbowała ustalić, dlaczego nas nie widzi, ponieważ jest na drodze Wędrowiec Większy oznajmił – „ ja słyszę głos tej kobiety”. Lekko poirytowana odparłam, że to zrozumiałe skoro z nią rozmawiam a On siedzi obok. Na co usłyszałam, że nie ze słuchawki słyszy, ale z, zewnątrz, co oznacza, że kobieta jest gdzieś rzeczywiście przed nami. Było tak ciemno, że my nie zauważyliśmy postaci, która stała kilka metrów od nas na poboczu drogi. W końcu dotarliśmy, więc na miejsce. Przyznaję, że było kilka takich momentów, kiedy byłam przerażona tą wyprawą. Czułam się odpowiedzialna za tą wyprawę, ponieważ to ja znalazłam kwaterę i miało być naprawdę super. Tymczasem, przez ostatnie kilka godzin prowadziliśmy konferencje telefoniczne i traciliśmy nadzieje, że w ogóle uda nam się dotrzeć na miejsce.
Wjechaliśmy na podwórze domu i poczuliśmy się mocno zdezorientowani. Biorąc pod uwagę okolicę i właściwie wszechogarniającą czerń oraz te kilka domów we wsi byliśmy w pewnym sensie przygotowani na jakąś chałupinę bez specjalnych wygód. Tutaj nastąpiła seria miłych niespodzianek. Dom duży, w którym spokojnie w jednym czasie mogło się zatrzymać kilka rodzin. Mimo, że osób tam było sporo nikt sobie nie wchodził w drogę, ponieważ do każdego pokoju prowadziło osobne wejście z zewnątrz. Każdy pokój stanowił tak naprawdę samodzielny aneks mieszkalny. Dostępna była wnęka kuchenna i łazienka. Wszystko świeżo po remoncie, więc czyściutko i schludnie. Z tego, co dowiedzieliśmy się od gospodarzy dom został przerobiony ze starej stodoły. Zaprojektowany według najnowocześniejszych standardów. Drugi dom, ten, w którym mieszkali gospodarze stał nieopodal. Klimatycznie ozdobiony budynek, z gustem urządzony sprawiał, że widziało się w tym dbałą rękę osób, które nie dość, że zarabiają na turystach, to jeszcze chcą, żeby Oni naprawdę dobrze się tam czuli. Zgodnie z tym, co wcześniej usłyszałam podczas rozmowy telefonicznej rozmowy nasz pokój był ostatnim wolnym. Wszystkie pozostałe były zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem i jestem pewna, że gospodarze nie narzekają na brak klientów.
Następnego dnia rano naszym oczom ukazał się piękny widok. Na środku terenu okalającego dom znajdował się duży staw, na nim natomiast wyspa z miejscem do grillowania. Oczywiście miejsce do grillowania osłonięte przed deszczem gustowną drewnianą altanką. Na wyspę wchodziło się po mostku. Ponadto nieopodal znajdowała się też drewniana dwuosobowa huśtawka ustawiona w pobliżu jakichś drzew owocowych. Jakich nie wiem, ponieważ kompletnie się na drzewach nie znam. Ważne, że było naprawdę ładnie. Nie zapomnę tego wieczoru przy grillu, światła świecy, spokojnie upływającego czasu w otoczeniu pluskających w wodzie ryb. W ramach poznawania terenu wybraliśmy się też na kilka spacerów. Podczas jednego z nich odnaleźliśmy jeziorko ukryte gdzieś głęboko w lesie. Otoczone było takimi chaszczami, że tylko Wędrowiec Większy mógł zaryzykować przedzieranie się przez nie w celu okrążenia jeziora. Ja postanowiłam spokojnie posiedzieć w jednym miejscu i kontemplować rozpościerający się przede mną widoczek. Oczywiście przy okazji wystawiłam się na żer wszystkim małym i dużym owadom z okolicy, ale nawet ich natarczywość, nie zdołała zburzyć mojego wewnętrznego spokoju. Wędrowiec Większy przeżył podczas swojego przedzierania się przez dziki gąszcz chwile grozy. W pewnym momencie grunt pod nogami zaczął mu się uginać i końcowy etap wędrówki okazał się bagienną przygodą. Dobrze, że mu się nic nie stało. Ja niczego nieświadoma radośnie pstrykałam mu zdjęcia z drugiego brzegu. Gdybym wiedziała, co tam się wtedy działo.
Powiem tyle. To był naprawdę spokojny, relaksujący, ciepły i dobry weekend. Cisza, spokój, uroczy gospodarze. Co mnie w tym miejscu najbardziej ujęło? Podczas podróży byłam przestraszona tym, że jedziemy w jakieś totalne odludzie. Nie spodziewałam się, że będzie tam aż tak zacisznie, ponieważ miejsce znajduje się w sumie niedaleko od Nidzicy. Zawsze z odludziem bardziej kojarzyły mi się Bieszczady a nie Mazury. Tak, więc poczułam się mocno zaskoczona faktem, że w sumie niedaleko od miasta można znaleźć taką zupełną dzicz. Miejsce, gdzie przez cały weekend nie słyszeliśmy ani jednego przejeżdżającego samochodu. Naprawdę udało mi się zresetować po całym tygodniu nerwowego napinania, co ważne, ponieważ rzadko udaje mi się taki stan osiągnąć w mieście a często nawet podczas różnych wypraw nie zawsze jest to mozliwe.
Szczególnie polecam Likusy wielbicielom ptaków, zieleni, owadów latających i brzęczących, wędkarzom i wszystkim tym, którzy chcą spokojnie odpocząć z dala od innych.

0 komentarze: