Gran Canaria to wyspa nazywana małym kontynentem. Nazwa bierze się stąd, że znajduje się tutaj wiele stref klimatycznych. Wyspa leży 140 kilometrów w linii prostej od Afryki. Część, więc terytorium tej pięknej ziemi pokrywa prawdziwa, regularna pustynia. Widać ją było z okien naszego hotelu. Widok niezwykły.
Pewnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę w celu eksplorowania pustyni. Nasza rezydentka uprzedzała nas, żebyśmy zabrali ze sobą czapki, wodę i założyli kryte buty. Brak krytych butów powoduje, bowiem, że zuchwali eksplorujący wracają z bąblami na nogach. Bohaterowie bez czapek wracają bez czapek, ale za to z udarem i objawami przegrzania. Tak, więc z uwagi na te słowa ostrzegawcze zabraliśmy czapki i inne niezbędne do przetrwania akcesoria. Chociaż śmiać nam się trochę chciało. Z daleka ta pustynia wyglądała po prostu jak duża piaskownica. Biorąc pod uwagę wielkość wyspy nie chciało nam się wierzyć, że coś się komuś w tej piaskownicy dla dorosłych może stać. I tu się myliliśmy…
Dojście do tej pustynnej krainy trochę nam zajęło. Musieliśmy pokonać około siedmiu kilometrów deptakiem znajdującym się na skraju plaży. Przy deptaku znajdowało się wiele knajpek, sklepów oraz innych atrakcji. Po drodze spotkaliśmy między innymi stado czarnoskórych dam, które próbowały się z nami zaprzyjaźnić. Nie wiem, czego chciały, ponieważ nie wdawaliśmy się z nimi w dyskusję. Co było dosyć trudne, ponieważ otoczyły nas zwartym szpalerem. Uratował nas refleks Wędrowca Wyższego, a co za tym idzie szybkie i sprawne wyminięcie grupy dam. W drodze powrotnej widzieliśmy natomiast tą samą grupę pań gonioną przez radiowóz. One natomiast salwowały się ucieczką w różnych kierunkach świata. Pozwoliło nam to potwierdzić przypuszczenia, że działalność, którą uprawiały na deptaku nie do końca była zgodna z przepisami prawa. Niemniej jednak udało nam się umknąć i wkrótce znaleźliśmy się w pobliżu pustyni. Najpierw naszym oczom ukazały się wydmy. Chodzenie po zapadającym się pod stopami, gorącym niczym rozgrzane węgle piasku nie należało do czystej przyjemności. Weszliśmy na piaskowe wzniesienie i zobaczyliśmy: piasek, piasek i jeszcze raz piasek aż po horyzont. Po prawej stronie oczywiście nadal był Ocean, ale przed nami nieprzebrane góry piasku. Wiał wiatr, który dodatkowo utrudniał poruszanie się po piaskowych górach i dołach. Wiało tak, że piasek miałam dokładnie w każdym zakamarku ciała. Chrzęścił między zębami, w uszach utworzyły mi się małe piaskownice. Cieszyłam się bardzo, że mam na nosie okulary, ponieważ każdy podmuch powodował, że to wszystko, co nie leżało akurat na ziemi a było piaskiem natychmiast instalowało się również w oczach. W końcu udało mi się wspiąć na kolejną piaskową górę gubiąc po drodze kilka razy czapkę a potem ją ścigając, ewentualnie prosząc Wędrowca wyższego, żeby pomógł mi ją odzyskać. Momentami to było nawet zabawne ponieważ sama nie wiedziałam co mam trzymać: czapkę, okulary, plecak czy samą siebie w zwartej bryle.
Stałam na tej piaskowej górze i poważnie obawiałam się o własne życie. Może nie było to aż tak dramatyczne ale na pewno było niepokojące. Każdy powiew wiatru powodował, że bujało mną niczym marynarzem na statku. Grunt regularnie się osypywał i przewiewało go gdzieś w siną dal a ja czułam się niczym ta odrobina piasku, którą ktoś zaraz pośle razem z innymi w daleką wycieczkę. Dodam jeszcze, że daleko mi, jeżeli chodzi o wymiary do drobiny piasku tym bardziej to wrażenie było dla mnie zaskakujące. Wędrowiec Wyższy radził sobie w tej sytuacji znacznie lepiej niż ja. Pomykał po tej piaszczystej krainie wyraźnie uszczęśliwiony i uradowany.
Genialnym przeżyciem było schodzenie z tych piaszczystych kopców. Nogi zapadały się w miękki, ruchomy grunt po kolana. Trudno było wykonywać jakieś skoordynowane ruchy. Bezładnie przesuwałam się w dół niczym pajacyk rozrzucając kończyny w różnych kierunkach świata. Poczułam się mała, bezbronna wobec siły i nieprzewidywalności wiatru, piasku i innych żywiołów. Niesamowicie to wyglądało – wszystkie te ludziki wędrujące wyglądały jak mrówki rozrzucone bezładnie po wielkim kopcu. Zagubione mrówki, które nie do końca wiedzą gdzie zmierzają i w jakim celu.
Szczerze polecam odwiedzenie pustyni. Nie przeszliśmy całej, ale po tym, co zobaczyłam jestem pewna, że Pani rezydentka się nie myliła. Można się zgubić, można poparzyć stopy i na pewno można też nabawić się udaru słonecznego. Poza tymi drobnymi niedogodnościami, które trzeba wziąć pod rozwagę to naprawdę fascynujące przeżycie.
Jak udało nam się stamtąd szczęśliwie wydostać musieliśmy otrzepać się z nagromadzonego piasku. Przynajmniej spróbować doprowadzić się to, jakiego takiego stanu używalności. Wędrowaliśmy potem uśpionymi uliczkami miasteczka aż dotarliśmy z powrotem do deptaku, który zaprowadził nas do samego hotelu. Tego dnia pokonaliśmy w sumie ponad piętnaście kilometrów. Jak na leniwe wakacje na wyspie, na której podobno nie ma, co robić poza leżeniem nad Oceanem uważam ten wynik za całkiem niezły. Nie zgadzam się też z powszechnie panującą opinią, że na tej wyspie turysta może tylko i wyłącznie leżeć na plaży. Może spotkać się z tajemniczymi damami na deptaku, może pojeździć na wielbłądzie po pustyni, – czego my nie próbowaliśmy ze względu na fakt, że wielbłądy nas nie kręcą, może też powędrować po tej pustyni i sprawdzić się w ekstremalnych warunkach. Jest też wiele innych propozycji spędzenia wolnego czasu, które tutaj są poniekąd opisane.
W każdym razie jak już dotarliśmy do hotelu uprzednio wspinając się po stu pięćdziesięciu pięciu schodach, które do niego prowadziły prawie niezwłocznie dopadliśmy nasz ulubiony bar przy basenie. Tam czekał na mnie równie ulubiony napój. Uważam, że zasługuje na opisanie. Lokalny alkoholowy przysmak. Nazywa się Ron Miel. Jest to połączenie rumu i miodu. Podawany z colą. Do napoju dodawana była cytryna, pomarańcza lub limonka. Co tam, kto chciał. Połączenie z pomarańczą uważam za szczególnie smakowite.
Nie jestem w stanie nawet opisać radości, z którą wypiłam pierwszy łyk tego napoju po powrocie z naszej pustynnej eskapady. Wrażenie niezapomniane i nawet teraz jak o tym myślę, to ślinka mi cieknie.
Tego rumu w Polsce zakupić nie można. Poważnie rozważam nawiązanie współpracy z jakimiś autochtonami w celu ustanowienia regularnych dostaw. Na razie mam jeszcze zachomikowaną jedną butelkę. Jak będzie mi smutno i będę tęsknić bardziej boleśnie niż teraz za tym szczególnym miejscem otworzę sobie ją i będę w błogostanie przypominać sobie tą cudowną wyspę.
0 komentarze:
Prześlij komentarz