Nie do końca wiedzieliśmy, co nas czeka podczas tej wyprawy. Powiedziano nam, że jest to podróż buggy po bezdrożach wyspy. Całość miała trwać około pięciu godzin z krótką przerwą na lunch. Wędrowiec Wyższy postanowił, że weźmiemy ze sobą też kryte buty i jakieś cieplejsze ubrania. Miałam swoje ulubione krótkie spodnie i jakoś niespecjalnie pozytywne nastawienie do tych cieplejszych ciuchów. Jak się potem okazało był to genialny pomysł, ponieważ bez nich pamiętałam bym z tej wycieczki jedynie przejmujące zimno. Na dole było prawie trzydzieści stopni i trudno było uwierzyć, że możemy zmarznąć. Jak się jedzie na wysokości około dwóch tysięcy metrów otwartym pojazdem to temperatura jest jednak niższa. Przez pierwszą godzinę zanim zatrzymaliśmy się i mogłam wskoczyć w polar i zmienić buty nieźle szczękałam zębami. Szczególnie dziwne wrażenie jak widzisz ostre słońce, które wcale Cię nie ogrzewa, ponieważ wysokość i pęd powietrza skutecznie to ciepło niweluje. Nasz Pan prowadzący opowiedział nam też, że poprzedniego dnia jak jechał z inną grupą na górze były cztery stopnie poniżej zera i padał śnieg. Dobrze, że nie jechaliśmy dzień wcześniej. Ta wyprawa zamieniłaby się w koszmar i pięć godzin utyskiwania na zimno i brak przygotowania.
Zaczynając jednak od początku. Zabrali nas spod hotelu około dziesiątej rano. Zostaliśmy zawiezieni do biura firmy. Tam każdy dostał gogle, zostaliśmy poinstruowani, na czym polega to, co będziemy robić, czego nam nie wolno oraz jakie zasady bezpieczeństwa bezwzględnie nas obowiązują. Wędrowiec Wyższy, jako właściciel prawa jazdy wypełnił i podpisał umowę, że się zgadza zachowywać zgodnie z instrukcjami i nie będzie stosował roszczeń jak nie zastosuje się do którejkolwiek z zasad. Wyglądało to dosyć poważnie, ale też profesjonalnie. Potem udaliśmy się do garażu, gdzie nastąpiła instruktażowa lekcja obsługi pojazdów. Dostaliśmy ostatni z szyku i przez całą trasę mieliśmy jechać z włączonymi światłami tak, żeby przewodnik widział czy wszystkie samochody są w komplecie. Wyruszyliśmy. Najpierw była jazda asfaltowymi ulicami po obrzeżach miasta. Tak, żeby uczestnicy oswoili się z prowadzeniem swoich wehikułów. Ja przypięta pasem czteropunktowym radośnie się rozsiadłam i mogłam założyć sobie nogi na tapicerkę, której nie było. Pełen luz. Zero dachu, kilka rur dookoła, z tyłu ryczący silnik. Rozmowy kompletnie odpadały, ale kto by rozmawiał, kiedy przed Tobą, dokoła Ciebie, za Tobą rozpościerają się tak magiczne widoki. To było lepsze nawet niż motor. Siedzisz sobie wygodnie, wiatr we włosach, widzisz wszystko, co mijasz dokładnie, ponieważ tak naprawdę jest na wyciągnięcie ręki. Nie ogranicza Cię żadna metalowa puszka. Po mniej więcej pół godzinie zjechaliśmy na drogę, która prowadziła w kierunku centrum wyspy. Tam znajdują się wulkaniczne wzniesienia a co za tym idzie ogromne ilości serpentyn. Droga wije się niczym makaron fantazyjnie rozrzucony przez świrniętą gospodynię. Jedziesz do góry, ale na każdym kilometrze robisz przynajmniej kilka zakrętów. Proste odcinki miały najdłużej może kilkanaście metrów. W pewnym momencie dotarło do mnie też z całą mocą, w jakim celu montowane są pasy czteropunktowe w tych pojazdach. Jak wchodziliśmy w zakręt trochę nas rzuciło i ja, jako pasażer zostałam lekko wypchnięta z auta ( tak to chyba można nazwać) – jak mnie tak wyrzuciło to zobaczyłam przepaść w całej swojej okazałości. Wtedy dopiero mi się szczęki zacisnęły, – ale nie z zimna tym razem. Poziom adrenaliny w tamtym momencie znacząco mi się chyba podniósł w organizmie. Robiłam zdjęcia – ale efekt jest taki, że na większości z nich uwieczniłam właśnie mijane w dzikim pędzie znaki. Przynajmniej widać, że ciągle wskazywały na to, że za chwilę będzie kolejny zakręt. Bardzo sympatyczne było to, że wszyscy, których mijaliśmy tą dziwną kawalkadą machali do nas i pozdrawiali. Nie było osoby, która nie pokazywałaby na nas a potem nie machała rękami krzycząc jednocześnie pozdrowienia. To, że były to pozdrowienia wnioskuję po uśmiechach na twarzach. Nie było słychać słów przez ryczący za nami silnik, więc domyślałam się po prostu intencji tych krzyków. Oczywiście wszyscy uczestnicy wyprawy odmachiwali i krzyczeli coś tam w różnych językach w odpowiedzi. To było miłe.
Zatrzymaliśmy się mniej więcej po godzinie. Wbiłam się niezwłocznie w adidasy i polar. Założyłam też czapeczkę żeby uchronić moje uszy przed hulającym wiatrem. Spodni długich nie miałam gdyż uznałam to za przesadę, więc w tej kwestii nadal pozostawało mi zamarzanie. Ruszyliśmy dalej. Nie obyło się bez awarii. Jeden z pojazdów zgubił błotnik – raczej coś, co go przypominało, drugi miał jakąś inną usterkę i nie chciał odpalić. Pan prowadzący wycieczkę wykazywał się umiejętnościami z każdego zakresu. Błyskawicznie naprawił błotnik. W drugim przypadku sięgnął do swojego przepastnego plecaka i po wyciągnięciu z niego odpowiednich narzędzi zanurzył się z nimi do silnika. Wyciągnął stamtąd jakieś kabelki, coś tam pomajstrował i auto zaczęło działać. Żeby nie było więcej kłopotów nastąpiła wymiana pojazdów, przewodnik oddał swój i jechał tym, w którym pojawiły się problemy.
Mniej więcej w połowie trasy zatrzymaliśmy się na posiłek. Dostaliśmy duże kanapki z grillowanym mięsem i pyszną kawę. Grzałam się z lubością na słońcu. Miła odmiana po tygodniu w naprawdę ciepłym miejscu – czuć się przemarzniętym. Potem nastąpiła trasa powrotna. Przyznam, że byłam i jestem cały czas pod wrażeniem tych wzniesień, tego jak się układają w jakieś monstrualne sylwetki. Bezchmurne niebo i przestrzeń. Naprawdę czułam, że żyję.
Ostatnie dwadzieścia minut trasy to był off Road. Starsza para uczestników przesiadła się do towarzyszącego nam busa. Chyba nie chcieli aż tak ekstremalnych doświadczeń. Trochę mnie ten off Road rozczarował. Był to dosyć krótki odcinek prowadzący na skraju jakiejś budowy. Pokonywaliśmy piaszczysto – kamieniste drogi z mocnymi wybojami, które ostro dawały się we znaki naszej maszynie. Wędrowiec Wyższy przygazował zawadiacko, a ja czterema kończynami trzymałam się czego się tylko dało. W powietrzu była też taka ilość kamieni, żwiru i piachu, że gogle nie wyrabiały. Skończyło się to tym, że musiałam zamknąć oczy w obawie przed tym, że zaraz zamiast oczu będę miała dwie zgrabniutkie piaskownice. Wędrowiec się śmiał, że zamknęłam oczy ze strachu a nie z powodu piachu. Ja się będę trzymać swojej wersji. Rozczarowało mnie to, że ta jazda trwała tak krótko. Spodziewałam się czegoś mocniejszego, mimo to i tak swobodnie można było poczuć się niemal jak kierowca rajdowy. Szkoda, że nie trwało to dłużej, może zdołałabym otworzyć oczy…
Super wrażenia, świetna zabawa, genialnie spędzony czas. Poznaliśmy wyspę z zupełnie innej perspektywy. Piasek zeskrobywaliśmy z siebie potem z dobre dwie godziny. Nie zapomnę tej przygody!!!
Zaczynając jednak od początku. Zabrali nas spod hotelu około dziesiątej rano. Zostaliśmy zawiezieni do biura firmy. Tam każdy dostał gogle, zostaliśmy poinstruowani, na czym polega to, co będziemy robić, czego nam nie wolno oraz jakie zasady bezpieczeństwa bezwzględnie nas obowiązują. Wędrowiec Wyższy, jako właściciel prawa jazdy wypełnił i podpisał umowę, że się zgadza zachowywać zgodnie z instrukcjami i nie będzie stosował roszczeń jak nie zastosuje się do którejkolwiek z zasad. Wyglądało to dosyć poważnie, ale też profesjonalnie. Potem udaliśmy się do garażu, gdzie nastąpiła instruktażowa lekcja obsługi pojazdów. Dostaliśmy ostatni z szyku i przez całą trasę mieliśmy jechać z włączonymi światłami tak, żeby przewodnik widział czy wszystkie samochody są w komplecie. Wyruszyliśmy. Najpierw była jazda asfaltowymi ulicami po obrzeżach miasta. Tak, żeby uczestnicy oswoili się z prowadzeniem swoich wehikułów. Ja przypięta pasem czteropunktowym radośnie się rozsiadłam i mogłam założyć sobie nogi na tapicerkę, której nie było. Pełen luz. Zero dachu, kilka rur dookoła, z tyłu ryczący silnik. Rozmowy kompletnie odpadały, ale kto by rozmawiał, kiedy przed Tobą, dokoła Ciebie, za Tobą rozpościerają się tak magiczne widoki. To było lepsze nawet niż motor. Siedzisz sobie wygodnie, wiatr we włosach, widzisz wszystko, co mijasz dokładnie, ponieważ tak naprawdę jest na wyciągnięcie ręki. Nie ogranicza Cię żadna metalowa puszka. Po mniej więcej pół godzinie zjechaliśmy na drogę, która prowadziła w kierunku centrum wyspy. Tam znajdują się wulkaniczne wzniesienia a co za tym idzie ogromne ilości serpentyn. Droga wije się niczym makaron fantazyjnie rozrzucony przez świrniętą gospodynię. Jedziesz do góry, ale na każdym kilometrze robisz przynajmniej kilka zakrętów. Proste odcinki miały najdłużej może kilkanaście metrów. W pewnym momencie dotarło do mnie też z całą mocą, w jakim celu montowane są pasy czteropunktowe w tych pojazdach. Jak wchodziliśmy w zakręt trochę nas rzuciło i ja, jako pasażer zostałam lekko wypchnięta z auta ( tak to chyba można nazwać) – jak mnie tak wyrzuciło to zobaczyłam przepaść w całej swojej okazałości. Wtedy dopiero mi się szczęki zacisnęły, – ale nie z zimna tym razem. Poziom adrenaliny w tamtym momencie znacząco mi się chyba podniósł w organizmie. Robiłam zdjęcia – ale efekt jest taki, że na większości z nich uwieczniłam właśnie mijane w dzikim pędzie znaki. Przynajmniej widać, że ciągle wskazywały na to, że za chwilę będzie kolejny zakręt. Bardzo sympatyczne było to, że wszyscy, których mijaliśmy tą dziwną kawalkadą machali do nas i pozdrawiali. Nie było osoby, która nie pokazywałaby na nas a potem nie machała rękami krzycząc jednocześnie pozdrowienia. To, że były to pozdrowienia wnioskuję po uśmiechach na twarzach. Nie było słychać słów przez ryczący za nami silnik, więc domyślałam się po prostu intencji tych krzyków. Oczywiście wszyscy uczestnicy wyprawy odmachiwali i krzyczeli coś tam w różnych językach w odpowiedzi. To było miłe.
Zatrzymaliśmy się mniej więcej po godzinie. Wbiłam się niezwłocznie w adidasy i polar. Założyłam też czapeczkę żeby uchronić moje uszy przed hulającym wiatrem. Spodni długich nie miałam gdyż uznałam to za przesadę, więc w tej kwestii nadal pozostawało mi zamarzanie. Ruszyliśmy dalej. Nie obyło się bez awarii. Jeden z pojazdów zgubił błotnik – raczej coś, co go przypominało, drugi miał jakąś inną usterkę i nie chciał odpalić. Pan prowadzący wycieczkę wykazywał się umiejętnościami z każdego zakresu. Błyskawicznie naprawił błotnik. W drugim przypadku sięgnął do swojego przepastnego plecaka i po wyciągnięciu z niego odpowiednich narzędzi zanurzył się z nimi do silnika. Wyciągnął stamtąd jakieś kabelki, coś tam pomajstrował i auto zaczęło działać. Żeby nie było więcej kłopotów nastąpiła wymiana pojazdów, przewodnik oddał swój i jechał tym, w którym pojawiły się problemy.
Mniej więcej w połowie trasy zatrzymaliśmy się na posiłek. Dostaliśmy duże kanapki z grillowanym mięsem i pyszną kawę. Grzałam się z lubością na słońcu. Miła odmiana po tygodniu w naprawdę ciepłym miejscu – czuć się przemarzniętym. Potem nastąpiła trasa powrotna. Przyznam, że byłam i jestem cały czas pod wrażeniem tych wzniesień, tego jak się układają w jakieś monstrualne sylwetki. Bezchmurne niebo i przestrzeń. Naprawdę czułam, że żyję.
Ostatnie dwadzieścia minut trasy to był off Road. Starsza para uczestników przesiadła się do towarzyszącego nam busa. Chyba nie chcieli aż tak ekstremalnych doświadczeń. Trochę mnie ten off Road rozczarował. Był to dosyć krótki odcinek prowadzący na skraju jakiejś budowy. Pokonywaliśmy piaszczysto – kamieniste drogi z mocnymi wybojami, które ostro dawały się we znaki naszej maszynie. Wędrowiec Wyższy przygazował zawadiacko, a ja czterema kończynami trzymałam się czego się tylko dało. W powietrzu była też taka ilość kamieni, żwiru i piachu, że gogle nie wyrabiały. Skończyło się to tym, że musiałam zamknąć oczy w obawie przed tym, że zaraz zamiast oczu będę miała dwie zgrabniutkie piaskownice. Wędrowiec się śmiał, że zamknęłam oczy ze strachu a nie z powodu piachu. Ja się będę trzymać swojej wersji. Rozczarowało mnie to, że ta jazda trwała tak krótko. Spodziewałam się czegoś mocniejszego, mimo to i tak swobodnie można było poczuć się niemal jak kierowca rajdowy. Szkoda, że nie trwało to dłużej, może zdołałabym otworzyć oczy…
Super wrażenia, świetna zabawa, genialnie spędzony czas. Poznaliśmy wyspę z zupełnie innej perspektywy. Piasek zeskrobywaliśmy z siebie potem z dobre dwie godziny. Nie zapomnę tej przygody!!!
0 komentarze:
Prześlij komentarz