Hotel okazał się dokładnie taki, jakim go widzieliśmy na zdjęciach. Mój zachwyt wywoływało wiele rzeczy, które tam odkrywaliśmy. Zaraz po przyjeździe miłe wrażenie zrobił na mnie taras z widokiem na palmy. Pokój mieliśmy usytuowany w bardzo dobrym miejscu. Mniej więcej 100 metrów od restauracji. Taka sama odległość do każdego z barów, więc spokojnie można było przydreptać z potrzebnymi napojami bez specjalnego męczenia się. Kolejną zaletą usytuowania było oddalenie od basenów. Jak wiadomo nad basenami w takich kurortach dużo się dzieje i głośno jest przez prawie cały czas, więc mieszkanie w bezpośredniej bliskości nie jest najlepszym rozwiązaniem. Pokój składał się z dwóch części przedzielonych częściowo ścianą i zasłoną, którą można było odsunąć – jak to w przypadku zasłon zawsze bywa. W jednej z nich znajdowała się część sypialna w drugiej znajdowała się dostawka i stół z kanapą. Mieliśmy też szafę wnękową w postaci całego wydzielonego pomieszczenia, w którym swobodnie można się było przebrać. Bardzo przydatne rozwiązanie szczególnie przy przeszklonych ogromnych drzwiach tarasowych oraz olbrzymim oknie na drugiej części ściany. Ponadto oczywiście łazienka. Bardzo wygodnie, schludnie. Całość utrzymana w pastelowych kolorach miłych dla oka. Zostaliśmy uprzedzeni, żeby nie zostawiać wartościowych rzeczy bezpośrednio w pokoju a to, czego kradzieży byśmy nie przeżyli schować do odpłatnego sejfu, który znajduje się w każdym pokoju. Nie skorzystaliśmy i nic nam nie zginęło, więc ten wydatek nie był konieczny na szczęście.
Mieliśmy trochę zastrzeżeń do pani sprzątającej, która regularnie składała nam w jedną piramidę krzesła plastikowe na tarasie ( pod koniec wyjazdu przestała – może jej się znudziło) a często zapominała przetrzeć kurz na toaletce i szafkach nocnych. Może te krzesła plastikowe tak ją absorbowały, że brakowało jej już czasu na ten kurz. Ośrodek pod wieloma względami jest godny polecenia. Szczególne znaczenie ma to, że posiada ogromny zielony teren. Można sobie wziąć leżaczek i relaksować się na trawie pod jakąś palmą. Jak przyglądaliśmy się innym hotelom na wyspie to przeważająca ich większość posiadała betonowy kawałek przestrzeni dokoła basenu, na którym postawione było kilka rzędów leżaków. Wszyscy jak te sardynki poupychani grzecznie opalali się w tym dzikim tłoku. Można było sobie, więc na tym leżaczku pod szumiącą lampą leżeć w pewnym oddaleniu od plusków i wrzasków z basenu lub przenieść się nad basen i pluskać oraz wrzeszczeć razem z innymi, – kto co woli. Ważne jednak jest to, że ma się ten wybór.
Na terenie hotelu znajdowały się dwa bary, restauracja oraz dyskoteka. Zacznę jednak opisywać warunki żywieniowo – napojowe od początku, czyli od śniadania. Mieliśmy niejaką trudność ze wstawaniem. Śniadania ( jak w każdym pewnie hotelu) podawane były do godziny 10.30. Pod koniec wyjazdu przychodziliśmy już pięć minut przed końcem urzędowania, ponieważ okazało się, że w ten sposób można spokojniej spożyć ten posiłek. Przynajmniej ciszej: -) Śniadania były trochę monotonne… Wędlinka – zawsze te same trzy rodzaje, dużo warzyw i owoców, ciasta, świeże bułki, jajecznica, jajka gotowane i sadzone – czasem jakieś parówki czy kiełbaski. Jajecznicę spróbowałam raz i mi wystarczyło. Niemniej jednak cieszyła się dużym powodzeniem, więc pozostali mieli jej więcej, ponieważ ja już się do tej potrawy nie przymierzałam później. Oczywiście jeszcze jogurty, ser żółty, dżem i mleko. I tak codziennie. Wszystko byłoby super gdyby może była większa oferta wędlin. Niektóre z tam proponowanych nie były jadalne dla osób nieprzepadających za oliwkami a co za tym idzie pozostawał im do dyspozycji jeden jedyny rodzaj szynki.
Między śniadaniem a obiadem w jednym z bufetów można było napić się kawy, herbaty. Co do napojów z procentami to opowiem szerzej za chwilę. Obiad – jak dla mnie rewelacja. Sporo warzyw gotowanych, kilka rodzajów mięs, potrawy wegetariańskie, surówki, frytki, ziemniaki, właściwie codziennie też była ryba przyrządzana na różne sposoby a do tego jeszcze pizza, która mi osobiście smakowała bardziej niż bardzo. W każdym razie zwykle wychodziliśmy stamtąd pękaci i przejedzeni. Nie powodowało to w nas jednak jakiś złych wrażeń, miło jest tak spróbować wielu różnych potraw i cieszyć się nowymi smakami. W końcu też po to jest się na wakacjach, żeby poznawać.
W czasie pomiędzy obiadem a kolacją w bufecie serwowano ciasto, kawę, herbatę oraz lody dla dzieci. Raz dotelepałam się po to ciasto. Znikało niczym błyskawica. Pyszne drożdżowe reszta mnie jakoś nie zachwyciła. Zaobserwowałam przy okazji ciekawą sytuację. Ciasto wystawione było w specjalnych przykrywanych pojemnikach na stołach na świeżym powietrzu. Któryś z korzystających nie przykrył pojemnika po wyjęciu swojego kawałka ciasta. Skończyło się to tym, że ptaki wyglądające na miejscowe gołębie szybko się tym produktem zainteresowały. Nie miały jednak szansy zbytnio się najeść, ponieważ kolejni chętni i spragnieni słodkości rozprawili się ze skrzydlatymi pasożytami. Zwierz latający jest sprytny i czujny niezależnie od wysokości i szerokości geograficznej.
Kolacja zwykle podawana była na ciepło. W części były to potrawy podobne do tych obiadowych z pewnymi modyfikacjami. Było na przykład więcej warzyw albo inaczej przyrządzona ryba. Czasem dodatkowe chińskie dania podawane w osobnej części kuchni. Było pyszne…
Jeżeli chodzi o alkohole. Cały dzień można było dostać napoje alkoholowe i te nie alkoholowe w trzech miejscach. W dwóch barach i restauracji. Jeden z barów usytuowany był bezpośrednio przy basenie. Drugi na jego tyłach. Moim odkryciem był trunek o nazwie Ron Miel, czyli rum z miodem. Podawany z colą, lodem oraz pomarańczą lub limonką. W Polsce niestety tego rumu nie ma ( przynajmniej jeszcze go nie znalazłam) na razie mam jeszcze przywiezione zapasy a potem nie wiem, co będzie: -( Czarna rozpacz albo kolejna wyprawa w celu uzupełnienia zapasów? Naprawdę smakowita sprawa. Chociaż na początku z dużym powątpiewaniem podchodziłam do połączenia rumu z miodem szybko jednak stałam się zagorzałą zwolenniczką tej mieszanki: -) Można się było nimi raczyć w ramach wykupionego All inclusive do 23 godziny. Potem najbardziej wytrwali przenosili się do dyskoteki, gdzie już za napoje musieli normalnie płacić. My wybraliśmy się do tego miejsca raz. Okazało się, że wewnątrz nie można było palić, więc przy wejściu kłębiło się kilka osób i palili a przy okazji wylewnie witali przychodzących. W środku ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu znajdowało się dokładnie pięć osób. Wszystkie z nich to Brytyjczycy. Dwóch panów tańczyło na parkiecie – nie wiem czy się przytulali nie przyglądałam się. Reszta głośno o czymś rozprawiała. Po chwili stania na środku postanowiliśmy jednak wrócić na nasz taras. Jakoś nam się to miejsce nie spodobało. Myślę, że warto też wspomnieć o bogatej ofercie animacji, jakie organizował hotel. Przy basenie znajdowała się muszla, w której odbywały się śpiewy i występy. Panie tam też ćwiczyły jakieś wygibasy. Odbywały się też konkursy w postaci podawania sobie nogami styropianowej rury. Jak ktoś lubi to pewnie dobrze by się bawił, bo z tego, co widziałam bawili się naprawdę intensywnie z tą rurą. Były też organizowane mecze piłki wodnej, dart, strzelanie z łuku i wiele innych atrakcji. Co istotne dzieci porywane były regularnie od rodziców i zabierane do wydzielonej części parku hotelowego gdzie pod opieką animatorów rysowały, śpiewały, darły się i oddawały się innym dziecięcym zajęciom. Nieustannie miał też nad nimi pieczę wielki niebieski stwór wyglądający jak napakowany delfinek. Widać było, że przez brygadę małych potworów otaczany był szczególnym szacunkiem i regularnie o tej samej porze nawoływany do wspólnej zabawy. To w ciągu dnia. Wieczorem natomiast ta sama grupa animatorów w restauracji, której część wyglądała jak teatr grała w przygotowywanych przez siebie kabaretach, skeczach i sztukach. Powodzeniem te wydarzenia artystyczne cieszyły się dużym. Nie jestem w stanie ich jednak zrelacjonować, ponieważ my omijaliśmy je szerokim łukiem. Raz jeden znaleźliśmy się w pobliżu i mieliśmy próbkę sceny zakochanych z Tytanica. W oryginale pan obejmował Panią. W tej wersji Pan obejmował Pana i ciągnął go za coś, co imitowało piersi i nieustannie się przemieszczało. Zgodna w obu wersjach była tylko muzyka, dzięki której można się było zorientować, o jakim filmie w ogóle jest mowa. Widownia była zachwycona – nagrodziła występujących burzą oklasków. Mnie to nie poruszyło ani rozśmieszyło. Poza takimi występami odbywały się też wybory Miss i Mistera. Tak, więc dla osób, które lubią spędzać dnie i wieczory w ten sposób oferta może okazać się bardzo interesująca. Dla tych, co nie przepadają za takimi atrakcjami wyspa oferuje wiele innych możliwości i na szczęście nie było tak, że w tych zabawach należało bezwzględnie uczestniczyć. Każdy mógł coś dla siebie wybrać.
My zwykle po kolacji graliśmy w bilard – bardzo mi się podobało. Szczególnie, że ku memu ogromnemu zdziwieniu udało mi się wygrać kilka razy. Poza tym chodziliśmy na spacery nad Ocean. Niesamowite uczucie jak stoi się na szczycie urwiska i widzi się przed sobą jedynie głęboką czerń. Nie widać nic poza ciemną taflą wody i ciemnym niebem. Piękne i trochę mroczne przeżycie. Poza Oceanem krążyliśmy też wąskimi uliczkami miasteczka i odkrywaliśmy różne zakątki.
Mieliśmy trochę zastrzeżeń do pani sprzątającej, która regularnie składała nam w jedną piramidę krzesła plastikowe na tarasie ( pod koniec wyjazdu przestała – może jej się znudziło) a często zapominała przetrzeć kurz na toaletce i szafkach nocnych. Może te krzesła plastikowe tak ją absorbowały, że brakowało jej już czasu na ten kurz. Ośrodek pod wieloma względami jest godny polecenia. Szczególne znaczenie ma to, że posiada ogromny zielony teren. Można sobie wziąć leżaczek i relaksować się na trawie pod jakąś palmą. Jak przyglądaliśmy się innym hotelom na wyspie to przeważająca ich większość posiadała betonowy kawałek przestrzeni dokoła basenu, na którym postawione było kilka rzędów leżaków. Wszyscy jak te sardynki poupychani grzecznie opalali się w tym dzikim tłoku. Można było sobie, więc na tym leżaczku pod szumiącą lampą leżeć w pewnym oddaleniu od plusków i wrzasków z basenu lub przenieść się nad basen i pluskać oraz wrzeszczeć razem z innymi, – kto co woli. Ważne jednak jest to, że ma się ten wybór.
Na terenie hotelu znajdowały się dwa bary, restauracja oraz dyskoteka. Zacznę jednak opisywać warunki żywieniowo – napojowe od początku, czyli od śniadania. Mieliśmy niejaką trudność ze wstawaniem. Śniadania ( jak w każdym pewnie hotelu) podawane były do godziny 10.30. Pod koniec wyjazdu przychodziliśmy już pięć minut przed końcem urzędowania, ponieważ okazało się, że w ten sposób można spokojniej spożyć ten posiłek. Przynajmniej ciszej: -) Śniadania były trochę monotonne… Wędlinka – zawsze te same trzy rodzaje, dużo warzyw i owoców, ciasta, świeże bułki, jajecznica, jajka gotowane i sadzone – czasem jakieś parówki czy kiełbaski. Jajecznicę spróbowałam raz i mi wystarczyło. Niemniej jednak cieszyła się dużym powodzeniem, więc pozostali mieli jej więcej, ponieważ ja już się do tej potrawy nie przymierzałam później. Oczywiście jeszcze jogurty, ser żółty, dżem i mleko. I tak codziennie. Wszystko byłoby super gdyby może była większa oferta wędlin. Niektóre z tam proponowanych nie były jadalne dla osób nieprzepadających za oliwkami a co za tym idzie pozostawał im do dyspozycji jeden jedyny rodzaj szynki.
Między śniadaniem a obiadem w jednym z bufetów można było napić się kawy, herbaty. Co do napojów z procentami to opowiem szerzej za chwilę. Obiad – jak dla mnie rewelacja. Sporo warzyw gotowanych, kilka rodzajów mięs, potrawy wegetariańskie, surówki, frytki, ziemniaki, właściwie codziennie też była ryba przyrządzana na różne sposoby a do tego jeszcze pizza, która mi osobiście smakowała bardziej niż bardzo. W każdym razie zwykle wychodziliśmy stamtąd pękaci i przejedzeni. Nie powodowało to w nas jednak jakiś złych wrażeń, miło jest tak spróbować wielu różnych potraw i cieszyć się nowymi smakami. W końcu też po to jest się na wakacjach, żeby poznawać.
W czasie pomiędzy obiadem a kolacją w bufecie serwowano ciasto, kawę, herbatę oraz lody dla dzieci. Raz dotelepałam się po to ciasto. Znikało niczym błyskawica. Pyszne drożdżowe reszta mnie jakoś nie zachwyciła. Zaobserwowałam przy okazji ciekawą sytuację. Ciasto wystawione było w specjalnych przykrywanych pojemnikach na stołach na świeżym powietrzu. Któryś z korzystających nie przykrył pojemnika po wyjęciu swojego kawałka ciasta. Skończyło się to tym, że ptaki wyglądające na miejscowe gołębie szybko się tym produktem zainteresowały. Nie miały jednak szansy zbytnio się najeść, ponieważ kolejni chętni i spragnieni słodkości rozprawili się ze skrzydlatymi pasożytami. Zwierz latający jest sprytny i czujny niezależnie od wysokości i szerokości geograficznej.
Kolacja zwykle podawana była na ciepło. W części były to potrawy podobne do tych obiadowych z pewnymi modyfikacjami. Było na przykład więcej warzyw albo inaczej przyrządzona ryba. Czasem dodatkowe chińskie dania podawane w osobnej części kuchni. Było pyszne…
Jeżeli chodzi o alkohole. Cały dzień można było dostać napoje alkoholowe i te nie alkoholowe w trzech miejscach. W dwóch barach i restauracji. Jeden z barów usytuowany był bezpośrednio przy basenie. Drugi na jego tyłach. Moim odkryciem był trunek o nazwie Ron Miel, czyli rum z miodem. Podawany z colą, lodem oraz pomarańczą lub limonką. W Polsce niestety tego rumu nie ma ( przynajmniej jeszcze go nie znalazłam) na razie mam jeszcze przywiezione zapasy a potem nie wiem, co będzie: -( Czarna rozpacz albo kolejna wyprawa w celu uzupełnienia zapasów? Naprawdę smakowita sprawa. Chociaż na początku z dużym powątpiewaniem podchodziłam do połączenia rumu z miodem szybko jednak stałam się zagorzałą zwolenniczką tej mieszanki: -) Można się było nimi raczyć w ramach wykupionego All inclusive do 23 godziny. Potem najbardziej wytrwali przenosili się do dyskoteki, gdzie już za napoje musieli normalnie płacić. My wybraliśmy się do tego miejsca raz. Okazało się, że wewnątrz nie można było palić, więc przy wejściu kłębiło się kilka osób i palili a przy okazji wylewnie witali przychodzących. W środku ku naszemu ogromnemu zaskoczeniu znajdowało się dokładnie pięć osób. Wszystkie z nich to Brytyjczycy. Dwóch panów tańczyło na parkiecie – nie wiem czy się przytulali nie przyglądałam się. Reszta głośno o czymś rozprawiała. Po chwili stania na środku postanowiliśmy jednak wrócić na nasz taras. Jakoś nam się to miejsce nie spodobało. Myślę, że warto też wspomnieć o bogatej ofercie animacji, jakie organizował hotel. Przy basenie znajdowała się muszla, w której odbywały się śpiewy i występy. Panie tam też ćwiczyły jakieś wygibasy. Odbywały się też konkursy w postaci podawania sobie nogami styropianowej rury. Jak ktoś lubi to pewnie dobrze by się bawił, bo z tego, co widziałam bawili się naprawdę intensywnie z tą rurą. Były też organizowane mecze piłki wodnej, dart, strzelanie z łuku i wiele innych atrakcji. Co istotne dzieci porywane były regularnie od rodziców i zabierane do wydzielonej części parku hotelowego gdzie pod opieką animatorów rysowały, śpiewały, darły się i oddawały się innym dziecięcym zajęciom. Nieustannie miał też nad nimi pieczę wielki niebieski stwór wyglądający jak napakowany delfinek. Widać było, że przez brygadę małych potworów otaczany był szczególnym szacunkiem i regularnie o tej samej porze nawoływany do wspólnej zabawy. To w ciągu dnia. Wieczorem natomiast ta sama grupa animatorów w restauracji, której część wyglądała jak teatr grała w przygotowywanych przez siebie kabaretach, skeczach i sztukach. Powodzeniem te wydarzenia artystyczne cieszyły się dużym. Nie jestem w stanie ich jednak zrelacjonować, ponieważ my omijaliśmy je szerokim łukiem. Raz jeden znaleźliśmy się w pobliżu i mieliśmy próbkę sceny zakochanych z Tytanica. W oryginale pan obejmował Panią. W tej wersji Pan obejmował Pana i ciągnął go za coś, co imitowało piersi i nieustannie się przemieszczało. Zgodna w obu wersjach była tylko muzyka, dzięki której można się było zorientować, o jakim filmie w ogóle jest mowa. Widownia była zachwycona – nagrodziła występujących burzą oklasków. Mnie to nie poruszyło ani rozśmieszyło. Poza takimi występami odbywały się też wybory Miss i Mistera. Tak, więc dla osób, które lubią spędzać dnie i wieczory w ten sposób oferta może okazać się bardzo interesująca. Dla tych, co nie przepadają za takimi atrakcjami wyspa oferuje wiele innych możliwości i na szczęście nie było tak, że w tych zabawach należało bezwzględnie uczestniczyć. Każdy mógł coś dla siebie wybrać.
My zwykle po kolacji graliśmy w bilard – bardzo mi się podobało. Szczególnie, że ku memu ogromnemu zdziwieniu udało mi się wygrać kilka razy. Poza tym chodziliśmy na spacery nad Ocean. Niesamowite uczucie jak stoi się na szczycie urwiska i widzi się przed sobą jedynie głęboką czerń. Nie widać nic poza ciemną taflą wody i ciemnym niebem. Piękne i trochę mroczne przeżycie. Poza Oceanem krążyliśmy też wąskimi uliczkami miasteczka i odkrywaliśmy różne zakątki.
0 komentarze:
Prześlij komentarz